Strona główna

…ani guzika (od wyrzutni)
[2010-05-30]

Nie jestem ekspertem od spraw wojskowości, nie mam najmniejszych aspiracji tego rodzaju.

Cała moja wiedza na ten temat - tzn. temat naszych doktryn obronnych i zamysłów strategicznych (używam liczby mnogiej, bo trudno się tu dopatrywać jakiejś jednej spójnej i konsekwentnie realizowanej koncepcji) - pochodzi z uważnej lektury powszechnie dostępnych źródeł oraz tekstów publicystycznych. Innymi słowy, jest to wiedza, którą bez trudu może posiąść każdy obywatel poświęcając trochę uwagi tej kwestii, a kwestia bezpieczeństwa państwa w społeczeństwie obywatelskim powinna być bez wątpienia przedmiotem żywego zainteresowania i szerokiej dyskusji. A kluczowe decyzje w tych sprawach powinny być podejmowane wolą większości obywateli, którą to wolę najłatwiej wyrazić jest w drodze referendum. Jak jednak wiemy, nic takiego nie ma miejsca, podobnie jak w wielu innych zasadniczych sprawach nasi demokratycznie wybierani przedstawiciele - niezależnie od tego jaka opcję reprezentują - nie są bowiem skłonni korzystać z zalet demokracji bezpośredniej, a i obywatele nie przejawiają ochoty by się tego konsekwentnie domagać, ograniczając się - i to coraz mniej licznie - do udziału w wyborach.

Ten model „demokracji” jest nie tylko fasadowy, ale przypomina dokonywany rytualnie co kilka lat akt zbiorowego ubezwłasnowolnienia ze scedowaniem wszelkich prerogatyw na wybieranych przedstawicieli. Innymi słowy, możemy wyrazić zdanie co do tego, jaki pełnomocnik reprezentujący nasze (podobno) interesy najbardziej by nam odpowiadał i do tego się ów wybór ogranicza. Jeszcze inaczej - w tak pojmowanym modelu demokracji - demos czyli lud występuje w roli niedojrzałego infanta, w którego imieniu władzę sprawuje regent, tyle, że obieralny.

A skoro odwołałem się tu już do tradycji antycznej, to chciałbym przypomnieć przy sposobności źródłosłów tak często używanego - także przez naszych polityków - wyrazu „idiota”. Otóż wg etymologii starogreckiej to człowiek wyzbyty cnót obywatelskich, nie uczestniczący aktywnie w życiu publicznym i nie wypowiadający się na tematy, które go żywotnie dotyczą (a kwestie wojny i pokoju czy budżetu państwa do takich niewątpliwie należą). Ponieważ nikt nie ma chyba ochoty zasługiwać na miano idioty, nie tylko w medycznym, ale i wspomnianym przed chwilą znaczeniu tego słowa ;-) jest to jeden z powodów, dla których zdecydowałem się zabrać głos, skoro mam po temu sposobność.

Są jeszcze inne powody. Czuję się nieco osobliwie przedstawiając swoje zapatrywania, z których podobno wynika, iż jestem nieodpowiedzialnym lewakiem godzącym w sojusze i rację stanu. Mam wrażenie pewnego deja vue, bo zarzuty „godzenia w sojusze”, tyle że dla odmiany jako „sile antysocjalistycznej” stawiano mi dawno, dawno temu, w zupełnie innym systemie, który nie wiedzieć czemu uzurpował sobie prawo do miana socjalizmu.

W roku 1976 sygnowałem protest przeciwko nowelizacji ówcześnie obowiązującej konstytucji, w której m.in. zdecydowano się zawrzeć passus o wieczystej przyjaźni i współpracy z ZSRR. Wydawało mi się bowiem - niezależnie od tego jakie były realia, a dobrze zdawałem sobie z nich sprawę - że jest to akt niepotrzebnego, upokarzającego serwilizmu, ustawiającego mój kraj w roli wiecznego wasala. Były to czasy, w których cała opozycja zmieściłaby się w dwóch, trzech autobusach, a możliwość wycofania się wojsk radzieckich z terytorium Polski wydawała się senną fantazją. Cztery lata później, w sierpniu 80 roku i kolejnych miesiącach, jakie po nim nastąpiły (a redagowałem wówczas pierwszy historycznie biuletyn Solidarności, tkwiłem zatem poniekąd w centrum wydarzeń), nikt przy zdrowych zmysłach raczej nie zadawał sobie pytania, czy wojska wieczyście sojusznicze stąd wyjdą. Dużo bardziej zaprzątało naszą uwagę pytanie: „wejdą, nie wejdątutaj;

Cóż w tamtych czasach, nawet koncepcja „finlandyzacji” Polski, popularyzowana przez Jacka Kuronia, wydawała się wielu nazbyt śmiała i utopijna. Tym niemniej panowało wówczas dość powszechnie przekonanie, że jednym z podstawowych atrybutów suwerenności państwa jest brak obcych wojsk stale stacjonujących na jego terenie.

Moje poglądy się od tego czasu specjalnie nie zmieniły - tak jak nie budziła, oględnie mówiąc, mojego zachwytu obecność wojsk sowieckich i ich militarnych instalacji, tak samo go nie budzi obecność wojskowych kontyngentów - niezależnie od ich liczebności - czy to amerykańskich, czy jakichkolwiek innych. Po prostu zasady jakie wyznaję, są dość jasne i nieskomplikowane. A poza tym nie dostrzegam specjalnych różnic między doktryną Breżniewa z przyznawaniem sobie prawa do interwencji zbrojnej we własnej strefie wpływów, a doktryną Monroe'go, twórczo rozwiniętą prze administrację G.W. Busha, a obecnie przez administrację B. Obamy nieco pragmatycznie modyfikowaną, bez poddawania jej jakiejś zasadniczej rewizji.

Dlatego, a nie dlatego, iżbym był z natury „zadymiarzem” uczestniczyłem w ulicznych protestach przeciwko naszemu uczestnictwu w wojnie w Iraku, dlatego przed dwoma laty byłem w Słupsku i Redzikowie, dlatego jestem dziś tutaj, w Morągu. Wolałbym się wypowiedzieć w referendum, ale nikt mnie o zdanie nie pyta.

A teraz kilka uwag bardziej merytorycznych - dotyczących właśnie naszej obronności.

Pan Bogdan Klich, obecny szef MON, jak zapewne większość z państwa doskonale wie, jest z wykształcenia psychiatrą, a zarazem - to już fakt mniej znany - historykiem sztuki. Oczywiście, pan minister, który jeszcze połowie lat osiemdziesiątych był zdeklarowanym pacyfistą, członkiem ruchu „Wolność i Pokój” miał pełne prawo do wewnętrznej przemiany, która kazała mu zamienić WiP na status VIP-a, zgubić ten środkowy spójnik i wylądować na czele hierarchicznej organizacji, jaką jest WP.

Cóż, ludzie przechodzą niekiedy zdumiewające metamorfozy, toteż p. Bogdanem K. powodował zapewne patriotyzm i takie, a nie inne pojmowanie polskiej racji stanu.

Przyznam jednak, że jest coś, co mnie niepokoi, może bezzasadnie… Psychiatrą o artystycznych upodobaniach był bowiem także Radovan Karadżić, dla którego - jak sam wyznawał w wywiadach - zasadniczym impulsem był patriotyzm, zrozumienie serbskiej racji stanu oraz potrzeba zapewnienia Serbom bezpieczeństwa… Przepraszam, te skojarzenia są z pewnością niestosowne. Pan B. Klich jako eks-pacyfista nie jest zupełnie wojowniczy, a nasze wojska uczestniczą przecież, czy to w Iraku, czy w Afganistanie w „operacjach przywracania pokoju”. Dlaczego trzeba go „przywracać”, o to już nikt nie pyta, podobnie jak o to, gdzie się podziała owa sławetna broń masowego rażenia złowieszczego Saddama, ile ofiar pochłonęła wojna w Iraku, ani o to dlaczego musimy być obecni w Afganistanie i dlaczego w wyniku pomyłek tak często giną tam cywile. Oczywiście, p. Klich bardzo chętnie odpowiada na inne, nie tak naiwne pytania.

Niemal dokładnie przed dwoma laty (tj. 25 maja 2008 roku), pan minister wystąpił na konferencji prasowej w Brukseli, właśnie w związku negocjacjami dotyczącymi tarczy. Powiedział wówczas:

„ Polska odgrywa w Europie Środkowej taką rolę, jak Pakistan w Azji Środkowej lub Egipt na Bliskim Wschodzie.” A zapytywany o wysokość pomocy, sprecyzował, że "nasze oczekiwania od USA idą nie w miliony, ale w dziesiątki milionów dolarów". Wyraził przekonanie, że budżet obronny USA "będzie w stanie to unieść”.

„To nie jest tak, że przychodzimy z pustą czapką do partnera amerykańskiego i mówimy: słuchaj Ameryko, Polska liczy tylko na Ciebie - uzupełnił.

Pakistan?! Egipt?! Oto punkty odniesienia kompradorskich "elit" RP. Jakie to żałosne aspiracje - odgrywać taką rolę jak Mubarak czy Musharaf. I dalejże wdzięczyć się, zabiegać, dalejże czapką (nie pustą ponoć) wywijać. Smutne.

Byłem w ostatnich trzech latach co roku w Egipcie. Nie w zamkniętych turystycznych enklawach w Hurghadzie czy Sharm al Szejkh, ale wśród zwykłych ludzi w hotelikach w Luksorze i Kairze. Widziałem jak dalece jest to smutne państwo policyjne upstrzone portretami wielkiego „ojca narodu” Hosniego Mubaraka i jaki jest tam rzeczywisty poziom życia. Bieda jest wszechobecna, kontrasty uderzające. A pomoc finansowa dla Egiptu wynosi ponad miliard dolarów rocznie. Armia egipska wyposażona jest w nowoczesny amerykański sprzęt bojowy. Egipt jest największym (po NATO, naturalnie) beneficjentem Stanów Zjednoczonych. Wartość dostarczonego sprzętu przekracza 20 mld USD. W lutym tego roku, po powrocie z Luksoru, gdzie widziałem drastyczne obrazy nędzy i zacofania, przeczytałem w Polityce artykuł R. Fristera, z którego wynikało, że tylko w ciągu tych dwóch tygodni, gdy tam akurat przebywałem z przykrością obserwując uderzająco niski poziom życia większości Egipcjan, dostarczono Egiptowi broń wartości kilkudziesięciu milionów dolarów.

Hosni Mubarak dysponuje niezwykle rozbudowaną tajną policją i sprawnie działającymi służbami bezpieczeństwa wewnętrznego. Wprowadzony przed niemal trzydziestu laty i wciąż obowiązujący stan wyjątkowy umożliwia rozprawianie się nie tylko z opozycją ale jakimikolwiek przejawami niesubordynacji. Rząd posługuje się głównie dekretami, a organizacje praw człowieka dysponują długą listą represji i prześladowań. Oczywiście, w niczym to nie przeszkadza USA.

Mam zatem jedno pytanie: czy pan minister obrony nie mógłby sobie obrać jakichś innych wzorców w kształtowaniu relacji z sojusznikami niż te dwa kraje, do jakich był łaskaw się odwołać?

* * *

Wszystkie nasze przywary narodowe widać dziś jak na dłoni. Przed prawie dwudziestu laty mieliśmy naprawdę otwartą sytuację i unikalną szansę na ułożenie sobie normalnych stosunków z najbliższymi sąsiadami, także z Rosją. "Nie należy szukać przyjaciół daleko, a wrogów blisko". Powiem więcej: nasze położenie geopolityczne było kilkanaście lat temu, w wyjątkowo sprzyjającej sytuacji politycznej, raczej atutem, niż minusem. Polska naprawdę mogła być krajem neutralnym. Szwecja i Finlandia mogą, my nie? No tak, ale to wymagałoby wyobraźni i odwagi. I umiejętności wykorzystania sprzyjającej historycznej koniunktury.
Jak to było? "Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi?" Ależ nie tylko ją zginamy do bólu karku, ale wręcz walimy kornie łbem o ziemię. No, ale przed Jankesami przecie, nie byle kim...

17 września ub. roku (co też niestety nasuwa ponure skojarzenia) równolegle - odbyły się manewry pod kryptonimem „Zachód 2009” armii rosyjskiej w obwodzie kaliningradzkim, padły zapowiedzi rozbudowy Floty Bałtyckiej, a jednocześnie administracja Obamy odstąpiła - co można było przewidywać - od realizacji planów rozmieszczenia elementów Missile Defense w kształcie przyjętym przez republikańską administrację G.W. Busha.

W październiku z wizytą pocieszenia przybył do Warszawy wiceprezydent Joe Biden. I jak doniosła prasa już na wstępie dwukrotnie nazwał premiera Tuska "Mr. President", podobnie tytułował go w czasie rozmów…

Przywiózł wówczas nowy projekt tarczy antyrakietowej, opartej na rakietach SM-3, które najpierw miałyby się znaleźć na okrętach klasy Aegis. Polska miałaby uczestniczyć w trzecim etapie projektu, gdy rakiety zostałyby przeniesione na ruchome wyrzutnie.

Od roku 2018, zgodnie z oświadczeniami administracji Obamy, mają być rozmieszczane w Europie pociski SM-3 Block 2, które będą miały większy zasięg. Decydujemy się zatem na umowę, która będzie - bądź nie będzie - realizowana po ewentualnej drugiej kadencji Obamy, toteż trudno przewidzieć czy te plany nie zostaną zarzucone przez jego następcę, a nasz parlament skłonny jest je beztrosko ratyfikować…

Rakiety „Patriot” chronią całe terytorium Niemiec, tymczasem w Polsce ta jedna bateria przebywać ma rotacyjnie. Krótko mówiąc: nawet owe wyimaginowane i iluzoryczne „gwarancje bezpieczeństwa” wynikające ponoć z faktu stacjonowania niewielkiej jednostki wojsk amerykańskich mają charakter bardzo wątpliwy. Czy zatem naprawdę musimy stale bawić się w „obrotowe przedmurze”? Aspirować do roli jakiegoś komiksowo karykaturalnego Dawida wywijającego pożyczoną procą przed nosem Goliata?

„Nie oddamy ani guzika” - zapowiadał niegdyś marszałek Śmigły-Rydz. Jaki był finał tych buńczucznych zapowiedzi, wiemy. Dziś jesteśmy w sytuacji bodaj jeszcze ciekawszej. Nasi politycy nie mogą składać aż tak daleko idących deklaracji, ponieważ nawet owym guzikiem - od wyrzutni rakiet Patriot - nie dysponujemy. Innymi słowy w sytuacji - odpukać - rzeczywiście krytycznej nie pozostaje nam choćby i tylko ów przysłowiowy guzik z pętelką. Co najwyżej - pętelka…

Powie ktoś: zawsze pozostaje artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego zobowiązujący wszystkie państwa wchodzące w skład NATO do obrony każdego członka paktu w przypadku, gdy zostanie on zbrojnie zaatakowany. No cóż, skoro historia jest ponoć magistra vitae, to najbliższa analogia historyczna jaka się tu nasuwa, to fakt, że w roku 1939 mieliśmy gwarancje Anglii i Francji, które zobowiązywały się do wypowiedzenia wojny, jeśli Polska padnie ofiara napaści. I tych zobowiązań sojuszniczych - formalnie przynajmniej - dotrzymały, to znaczy wojna została przez nie przecież - a jakże - wypowiedziana…

Mój ulubiony, nieżyjący już satyryk, Andrzej Waligórski - napisał 20 lat temu wierszyk, którego zakończenie natrętnie mi się ostatnio przypomina: „A ja, kurwa, znów pod Kutnem z szablą w ręce…”

Obecnie, po destabilizacji światowej gospodarki jakiej w zawrotnym tempie dokonały doktryny neoliberalne, zmienia się także polityka. Unia Europejska ma spore problemy i integracja w obecnym kształcie nie jest tak niezagrożona jak mogło się niedawno wydawać - wobec coraz większych przejawów partykularyzmu państw członkowskich, wywołanych przez kryzys. Stany Zjednoczone wydają się zmieniać swoje priorytety, mierząc siły na zamiary, a zarazem próbując odejść od konfrontacyjnej polityki „prężenia muskułów” i unilateralnych decyzji. Nic dziwnego, bo dwie kadencje Busha zrujnowały je wewnętrznie i pozbawiły złudzeń. Nie oznacza to z pewnością powrotu do jakichś izolacjonistycznych konceptów, ale na pewno taktyczny odwrót w stosunku do niedawnych ambicji, powściągnięcie apetytów i zredefiniowanie znaczenia stref wpływów. Jak się to może skończyć? Powtórką z historii, choć jeśli się już ona powtarza - to często jako farsa.

Dlatego jedyny alians jakiego wydajemy się dziś potrzebować to zawarcie sojuszu ze zdrowym rozsądkiem. A baterię „Patriotów” możemy sobie naprawdę darować, skoro mamy tak nieprzeliczone zastępy „prawdziwych patriotów”, którzy jedynie nie potrafią kipiącej w nich wściekle energii przełożyć na jakieś pożyteczne działania…

Stefan J. Adamski , ATTAC Polska



Tekst referatu wygłoszonego w Morągu podczas protestów przeciwko instalacji rakiet USA.

powrót

Aktualności
- Strona główna
- Wiadomości Attac
- Inne działania

Attac
- Publicystyka
- Przesłania
- Attac w mediach
- Nasze media
- Książki
- Filmy
- Katalog stron
- Inne linki

Polskie Forum Społeczne
- Deklaracja PFS z podpisami
- Wiadomości PFS

Dokumenty
- Dokumenty programowe
- Uchwały, komunikaty
- Oświadczenia
- Finanse
- Konto Attac

Struktura
- Kontakt
- Zarząd

Other languages
- English
- French
- Deutsch

FAQ
- Czy wiesz, że...
- Nasze cele

Copyleft 2004 Stowarzyszenie ATTAC Polska, e-mail: info@attac.org.pl, http://attac.org.pl