Publicystyka

Jose Saramago: Od sprawiedliwości do demokracji – za głosem dzwonów
[2008-10-23]

Rozpocznę od przywołania pewnego epizodu z życia prostych rolników, który miał miejsce w niewielkiej wiosce w pobliżu Florencji ponad czterysta lat temu. Pozwólcie mi skupić całą waszą uwagę na tym ważnym wydarzeniu historycznym, gdyż - inaczej niż to zwykle bywa - morał tej opowieści nie będzie czekał do końca, już niedługo spojrzy wam prosto w twarz.

Ludzie pozostawali w swoich domach lub pracowali w polu, pochłonięci codzienną krzątaniną, gdy naraz dobiegł ich dźwięk kościelnego dzwonu. Były to czasy znacznie bardziej religijne (mówimy o XVI wieku) i dzwony rozbrzmiewały regularnie kilka razy dziennie, zatem zdawać by się mogło, iż nie ma w tym nic szczególnego. Tym razem wszakże było to charakterystyczne bicie w dzwon na znak żałoby. Zdumiało to mieszkańców wsi, ponieważ nikt z nich nie spoczywał wówczas na łożu śmierci. Toteż kobiety wyległy z domostw nawołując dzieci, mężczyźni porzucili pracę w polu i już wkrótce wszyscy zgromadzili się przed kościołem by dowiedzieć się kogóż to powinni opłakiwać. Dzwon bił donośnie jeszcze przez kilka minut, wreszcie zamilkł. Wkrótce wrota kościoła rozwarły się i pojawił się w nich jeden z miejscowych chłopów. Sąsiedzi zapytali go, czy widział dzwonnika i czy wie komu się zmarło.
- Dzwonnika tu nie ma. To ja dzwoniłem - odparł.
- Nikt zatem nie umarł? - pytali.
- Nikt o imieniu lub ciele osoby. Ale zaprawdę umarła Sprawiedliwość i godzi się sprawić jej pogrzeb...

Co się stało? Otóż przez jakiś czas chciwy włodarz tego miejsca (zapewne jakiś pozbawiony skrupułów arystokrata) przesuwał kamienie graniczne coraz dalej wewnątrz i tak już niewielkiej posiadłości owego chłopa, toteż ten skromny spłachetek należącej do niego ziemi kurczył się coraz bardziej. Poszkodowany zrazu protestował, wyrzekał, później błagał o litość, w końcu postanowił szukać sprawiedliwości u władcy całej tej krainy. Wszystko na próżno; grabież trwała w najlepsze. Wówczas zdesperowany chłop postanowił ogłosić urbi et orbi (a wioska jest wszak całym światem dla tych, którzy spędzili w niej całe swe życie), że Sprawiedliwość umarła.

Być może sądził, że ten gest rozpaczliwej determinacji poruszy wszystkie dzwony we wszechświecie i zmusi je by uderzyły do wtóru, niezależnie od tego, jakimi językami mówili ludwisarze, którzy je uformowali, jakiej byli narodowości, rasy czy wyznania. Być może przepełniała go daremna nadzieja, że oto wszystkie bez wyjątku dzwony na ziemi wypełni przejmujący lament po Sprawiedliwości i nie umilknie dopóty, dopóki nie zostanie wskrzeszona. Taki rwetes, niosący się od domu do domu, od wioski do wioski, od miasta do miasta, przebywający granice, przerzucający mosty dźwięku nad rzekami i oceanami z pewnością winien obudzić śpiący świat...


Nie wiem, co stało się dalej, czy mieszkańcy wioski ruszyli pomóc owemu chłopu przywrócić granice jego ziemi, czy też - skoro Sprawiedliwość została uznana za zmarłą - opuścili głowy i w smutku powrócili do swych powszednich zajęć. Historia rzeczywiście nigdy nie mówi nam wszystkiego...
O ile się nie mylę, był to jedyny przypadek w dziejach świata, by jakikolwiek dzwon, ta wielka, odwrócona spiżowa misa, która tak często jękliwie zawodzi po ludzkiej śmierci, ze smutkiem obwieściła śmierć Sprawiedliwości. Dość, że żałobny dzwon w małej wiosce nieopodal Florencji nie zadzwonił już więcej z tej przyczyny. A przecież Sprawiedliwość wciąż umiera, każdego dnia. W tej chwili, gdy do was mówię, daleko i blisko, niemal na progach naszych domów, ktoś ją nieustannie zabija. Za każdym razem, gdy umiera, jest tak, jakby jej nigdy nie było dla tych, którzy w nią wierzyli. Dla tych, którzy oczekiwali tego, czego wszyscy mamy prawo oczekiwać - sprawiedliwości, po prostu sprawiedliwości. Nie tej, która przywdziewa teatralne togi i konfunduje nas kwiecistą, pustą, prawniczą retoryką. Nie tej, która przyzwala, by zawiązano jej oczy, by nie widzieć jak manipuluje się szalami jej wagi. I nie tej także, której miecz zawsze tnie bardziej w jedną stronę niż w drugą.

Mamy natomiast prawo do skromnej sprawiedliwości, w której wyraz "sprawiedliwy" jest dokładnym i ścisłym synonimem wyrazu "etyczny". Sprawiedliwości tak samo niezbędnej dla równowagi ducha, jak strawa jest niezbędna dla życia. Niewątpliwie powinna być to sprawiedliwość wypełniająca się w sądzie, gdy prawo tego wymaga, przede wszystkim jednak sprawiedliwość, która emanuje spontanicznie z samego zdolnego do działania społeczeństwa. Sprawiedliwość, która objawia się jako powszechnie uznawany imperatyw moralny, szacunek dla praw każdego człowieka.

Na szczęście, w dzwony uderzano nie tylko po to, by opłakiwać zmarłych. Bito w nie także po to, aby odmierzać godziny dnia i nocy, by zwoływać ludzi na ceremonie i obrzędy, a był też czas, nie tak dawno temu, gdy bito na trwogę, by alarmować i przyzywać ludzi na pomoc w czas powodzi, pożarów, wszelakich klęsk żywiołowych, i niebezpieczeństw, które zagrażały społeczności.

Obecnie funkcja dzwonów, które niegdyś gromadziły całą społeczność, sprowadza się do oklepanego rytuału, a światły gest chłopa z Florencji byłby uznany za bezmyślny czyn szaleńca, a może nawet przekazano by go policji. Dziś innego rodzaju dzwony podtrzymują i ogłaszają możliwość stworzenia na świecie tej pospólnej, żywej sprawiedliwości, której łakniemy w wymiarze duchowym równie mocno, jak pożywienia dla ciała. Gdyby taka sprawiedliwość istniała, żaden już człowiek nie umarłby z głodu lub na jedną z wielu chorób, które pozostają uleczalne dla jednych, ale nie dla drugich. Gdyby istniała taka sprawiedliwość, życie nie byłoby straszliwą klątwą, jaką jest dla ponad połowy ludzkości.

Nowe dzwony, które dzwonią coraz to głośniej i głośniej na całym świecie, to liczne ruchy oporu i działania społecznego, które walczą o nową, powszechną sprawiedliwość, taką, którą wszyscy ludzie mogliby uznać za swoją. Tę przyrodzoną i wieczną sprawiedliwość, która chroni wolność i prawa, a nie ich przeciwieństwa. Chcę podkreślić, że mamy już zrozumiały kodeks praktycznego zastosowania tej sprawiedliwości, kodeks istniejący od pół wieku w postaci Uniwersalnej Deklaracji Praw Człowieka, tych trzydziestu niezbędnych, podstawowych praw, o których wspomina się dziś niekiedy mimochodem, a zwykle się je ignoruje. Są one bardziej bezczeszczone i poniewierane niż własność i wolność chłopa z Florencji przed czterystu laty.

Chcę także powiedzieć, że w kwestii spójności swoich priorytetów i przejrzystości swych celów Uniwersalna Deklaracja Praw Człowieka, dokładnie tak jak jest dzisiaj sformułowana, bez zmiany choćby jednego przecinka, mogłaby zastąpić skutecznie i z nawiązką platformy wszystkich partii politycznych na Ziemi, szczególnie na tak zwanej lewicy, skamieniałej w swoich przestarzałych formułkach, zbyt rozproszonej i słabej by stanąć twarzą w twarz z brutalnymi realiami dzisiejszego świata, przymykającej oczy na ewidentne zagrożenia, jakie przyszłość niesie tej racjonalnej, a zarazem subtelnej nadziei, z jaką niegdyś potrafiliśmy wyrazić dumne aspiracje ludzkości.

Dodam też, że te same przyczyny, jakie skłaniają mnie do odniesienia się do partii politycznych w ogóle, dotyczą również unii lokalnych, a w konsekwencji międzynarodowego ruchu unii handlowej w całości. Świadomie bądź nieświadomie, senny, biurokratyczny handel z jakim dzisiaj musimy obcować, jest w dużej mierze odpowiedzialny za letarg społeczny, będący następstwem procesu globalizacji ekonomicznej. Przykro mi to mówić, ale nie mogę przypatrywać się temu w milczeniu. Ponadto, niechże mi wolno będzie sparafrazować przesłanie jednej z bajek La Fontaine’a i powiedzieć, że jeśli nie będziemy działać szybko i sprawnie, mysz praw człowieka zostanie rychło pożarta przez kota globalizacji ekonomicznej.

A co z demokracją, tym starym wynalazkiem kilku genialnych Ateńczyków, dla których, w specyficznej społecznej i politycznej sytuacji tamtych zamierzchłych czasów i wedle obiegowego wyrażenia, oznaczała ona rządzenie ludźmi przez ludzi i dla ludzi? Często słyszę, jak uczciwi ludzie, w dobrej wierze, choć wespół z tymi, którzy chcą tylko pozorować dobro, powtarzają, że katastrofalny stan, w jakim znajduje się większość naszej planety nie powinien nas aż tak przygnębiać, bo na wielu jej obszarach funkcjonuje i może się rozprzestrzeniać system demokratyczny, dzięki któremu prawa człowieka przestrzegane są w pełni albo przynajmniej w stopniu satysfakcjonującym. W istocie, nic nie powinno być bardziej pewne, dopóki system rządzenia społeczeństwem, jaki obecnie nazywamy demokracją, rzeczywiście godzien jest tego miana. Niestety, nie jest.

Rzeczywiście, możemy głosować, i – rzeczywiście - przez użycie ziarnka suwerenności, które jest nam gwarantowane jako głosującym obywatelom, zwykle przez system partyjny, możemy wybrać swoich reprezentantów w parlamencie, i w końcu - rzeczywiście - rząd zawsze zostanie ustanowiony przez siłę ilości takich reprezentantów i związków politycznych, jakie nakłada potrzeba większości. To wszystko jest prawdą, ale jest też prawdą, że to jest miejsce, w którym możliwość działań demokratycznych rozpoczyna się i kończy. Głosujący mogą usunąć rząd, jeśli im nie odpowiada i umieścić na jego miejscu inny, ale ich głos nigdy nie miał, nie ma i nie będzie miał jakiegokolwiek widocznego wpływu na prawdziwą siłę rządzącą światem, a więc nie będzie miał też wpływu na losy ich kraju i ich samych.

Mówię, oczywiście, o potęgach ekonomicznych, szczególnie tej wciąż powiększającej się części rządzonej przez międzynarodowe korporacje, których strategie stosowane w celu zdobycia dominującej pozycji na rynku nie mają nic wspólnego ze wspólnym dobrem, o które z definicji dba demokracja. Wszyscy wiemy, że to prawda, a jednak, wskutek jakiegoś mentalnego i werbalnego automatyzmu, który nie pozwala nam dostrzec surowych, nagich faktów, wciąż mówimy o demokracji jak o czymś żywym i dynamicznym, podczas gdy niewiele z niej dla nas pozostaje, prócz zestawu rytualnych formuł, nieistotnych wydarzeń i próżnych gestów. Nie widzimy, zupełnie jakbyśmy nie mieli tego tuż przed oczyma, że rządy, które wybieramy i za które jesteśmy odpowiedzialni, stają się coraz bardziej jedynie "politycznymi komisarzami" potęg ekonomicznych, a ich rola sprowadza się do stanowienia praw mających służyć owym potęgom. Prawa te zaś mają być wprowadzane za przyzwoleniem większości obywateli, a w każdym razie bez zbyt wielu protestów, prócz tych dobiegających ze strony „dobrze wszystkim znanych, wiecznie niezadowolonych wichrzycieli, na szczęście pozostających w mniejszości”...

Co można zrobić? Wszystko na tym świecie jest nieustannie omawiane: od literatury po ekologię, od rosnącej liczby galaktyk po efekt cieplarniany, od kwestii pozbywania się śmieci po ograniczenia ruchu drogowego. Jednak system demokratyczny jest wciąż pomijany, zupełnie jakby był oczywisty i dany nam raz na zawsze, z natury swej nietykalny aż do końca świata.

Jeśli się nie mylę, jeśli potrafię jeszcze dodać dwa do dwóch, to - zanim będzie za późno - pomiędzy wieloma innymi potrzebnymi lub niezbędnymi dyskusjami powinna znaleźć się światowa debata o demokracji i przyczynach jej upadku, o roli, jaką pełnią obywatele w życiu politycznym i społecznym, o relacji między państwami a międzynarodowymi potęgami ekonomicznymi i finansowymi, o tym, co potwierdza, a co neguje demokrację, o prawie każdej jednostki do szczęścia i godnej egzystencji, o nędzy i nadziejach ludzkości, a ściślej (i ujmując rzecz mniej podniośle) składających się na tę ludzkość zwykłych istot ludzkich, każdej z osobna i wszystkich razem.

Nie ma gorszego rodzaju oszustwa niż oszukiwanie samych siebie. A tak właśnie żyjemy.

Nie mam nic więcej do powiedzenia. No, jedną tylko rzecz: proszę o minutę ciszy. Chłop z Florencji wspiął się ponownie na wieżę kościelną i za chwilę znów uderzy w dzwon. Proszę, posłuchajmy go.


Jose Saramago


(tłum. Krzysztof Adamski)




José Saramago (ur. 1922) – portugalski pisarz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w roku 1998. W uzasadnieniu przyznania Nagrody Nobla napisano: za dzieło, które przypowieściami, podtrzymywanymi przez wyobraźnię, współczucie i ironię, stale umożliwia pojmowanie iluzorycznej rzeczywistości. Autor wydanych także Polsce powieści Baltazar i Blimunda, Wszystkie imiona, Rok śmierci Ricarda Reisa, Miasto ślepców.

Opowiadał się zawsze po stronie dość radykalnej lewicy, nawet w czasach Salazara, choć potrafił też mocno krytykować partie komunistyczne. Powyższy tekst został wygłoszony na jednym z mitingów ATTAC w roku 2002, a przecież jego przesłanie pozostaje aktualne i dziś. A może nawet zwłaszcza dzisiaj….

powrót

Aktualności
- Strona główna
- Wiadomości Attac
- Inne działania

Attac
- Publicystyka
- Przesłania
- Attac w mediach
- Nasze media
- Książki
- Filmy
- Katalog stron
- Inne linki

Polskie Forum Społeczne
- Deklaracja PFS z podpisami
- Wiadomości PFS

Dokumenty
- Dokumenty programowe
- Uchwały, komunikaty
- Oświadczenia
- Finanse
- Konto Attac

Struktura
- Kontakt
- Zarząd

Other languages
- English
- French
- Deutsch

FAQ
- Czy wiesz, że...
- Nasze cele

Copyleft 2004 Stowarzyszenie ATTAC Polska, e-mail: info@attac.org.pl, http://attac.org.pl